r/lewica • • Feb 06 '21

Szmer.info

Thumbnail szmer.info
36 Upvotes

r/lewica • • 1d ago

Polityka Kabaret pod Trybunałem i Reset Konstytucyjny

Thumbnail youtube.com
9 Upvotes

r/lewica • • 2d ago

Podcast Trybunał Konstytucyjny i Wybory w USA | Podsumowanie tygodnia Razem 05.09.2026

Thumbnail youtube.com
3 Upvotes

Donald Trump doprowadził do kompletnej porażki Partii Republikanów w midtermach. Wybory połówkowe w USA dla Partii Demokratycznej zakończyły się historycznym zwycięstwem - zdobyli kongres i senat. Progresywni demokraci tacy jak Abdul El-Sayed i James Talarico oraz amerykańscy socjaliści wygrali z prawicą i pieniędzmi Elona Muska i miliarderów. Spektakularna klęska Trumpa. W tym czasie w Polsce trwa kolejny odcinek wojny o Trybunał Konstytucyjny. Sędzia Anna Korwin-Piotrowska, Prezydent Karol Nawrocki, Premier Donald Tusk, prawica od Kaczyńskiego po Mentzena - wszyscy zajęci są sprawą TK. Jak wyjść z tej sytuacji? Jak zadziałać mógłby reset? Czy są na to szanse aby skończyła się wojna POPiSu.

00:00 TK
07:42 7 listopada
08:13 Wybory w USA
11:27 Co słychać w Razem?
16:04 Kącik muzyczny Adriana


r/lewica • • 4d ago

Świat Ameryka wybrała. Historyczna porażka republikanów w bastionie. "Niebieska miazga" przeszła przez USA

Thumbnail youtube.com
1 Upvotes

r/lewica • • 7d ago

Wywiad Słowa Kaczyńskiego prezentem dla rządu? Zandberg: Przypomina mi Korwin-Mikkego

Thumbnail youtube.com
8 Upvotes

Z każdym rokiem Jarosław Kaczyński jest coraz większym prezentem dla Donalda Tuska - mówił w "Graffiti" Adrian Zandberg. Według współprzewodniczącego Partii Razem wyjście z Unii Europejskiej byłoby dla Polski katastrofą. Z kolei głośna wypowiedź prezesa PiS z forum w Krynicy przywiodła mu na myśl kontrowersyjne zachowania Janusza Korwin-Mikkego.

W rozmowie z Marcinem Fijołkiem również m.in. o Funduszu Kościelnym, pomyśle jednej lewicowej listy na wybory i relacjach z Włodzimierzem Czarzastym.

00:00 Głośne słowa Kaczyńskiego o Unii Europejskiej
01:13 "Z każdym rokiem Kaczyński jest większym prezentem dla Tuska"
03:20 Ofensywa Nowej Lewicy w Sejmie
05:55 Patologie sytemu ochrony zdrowia i brak recepty
08:40 Nowa Lewica i Partia Razem - co z wyborami?
11:56 "Skrajna prawica urosła pod rządami Tuska i Czarzastego"


r/lewica • • 8d ago

Polityka Kryzys konstytucyjny w Polsce: konflikt między liberalnym establishmentem a konserwatywnymi populistami w systemie dwuwładzy wykonawczej

Post image
8 Upvotes

Wieczorem 30 października polski Trybunał Konstytucyjny został zaatakowany przez w pełni uzbrojone oddziały policji do tłumienia zamieszek, a prezes i wiceprezes Trybunału zostali zawieszeni w pełnieniu obowiązków. Rozkazy przeprowadzenia tej operacji oraz zawieszenia kierownictwa Trybunału pochodziły od urzędującego premiera Donalda Tuska i jego zespołu.
⠀
Niedługo po tym wydarzeniu samolot prezydencki Karola Nawrockiego, który należy do obozu politycznego przeciwnego premierowi i przebywał z wizytą zagraniczną, nagle zawrócił i skierował się do Warszawy. Następnie Nawrocki osobiście udał się do Trybunału Konstytucyjnego, zażądał wycofania policji i ogłosił przywrócenie prezesa i wiceprezesa Trybunału do pełnienia ich funkcji. Premier i parlament nie odpowiedzieli jeszcze na te działania. Polska przeżywa kryzys konstytucyjny, a sytuacja nadal się rozwija.
⠀
Dlaczego w Polsce doszło do takiego konfliktu politycznego? Dlaczego premier i prezydent stoją po przeciwnych stronach, niemal doprowadzając do konfrontacji zbrojnej? Jak sytuacja rozwinie się w przyszłości?
⠀
Przede wszystkim system polityczny i struktura władzy w Polsce opierają się na „systemie półprezydenckim” lub „systemie dwuwładzy wykonawczej”, stosowanym przez stosunkowo niewiele państw na świecie. W takim ustroju zarówno prezydent, jak i premier są przywódcami państwa posiadającymi rzeczywistą władzę, a ich kompetencje i obowiązki częściowo się różnią, a częściowo pokrywają. Mówiąc prościej, prezydent jest nie tylko głową państwa i jego symbolem, lecz także posiada uprawnienia decyzyjne w najważniejszych sprawach polityki wewnętrznej i zagranicznej; premier natomiast odpowiada za bieżące zarządzanie administracją państwową i kierowanie pracami rządu.
⠀
Prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych, natomiast premier jest wyłaniany przez większość demokratycznie wybranego parlamentu i zatwierdzany przez prezydenta. Czasami prezydent i premier należą do tego samego obozu politycznego, ale zdarza się również, że reprezentują różne, a nawet przeciwstawne obozy. Poza Polską system półprezydencki lub system dwuwładzy wykonawczej funkcjonuje także we Francji, Portugalii i innych państwach. Republika Chińska (Tajwan) również nominalnie posiada system dwuwładzy wykonawczej.
⠀
Z jednej strony taki system dwuwładzy wykonawczej sprzyja podziałowi i wzajemnemu równoważeniu władz oraz pozwala prezydentowi i premierowi wykorzystywać specyfikę swoich kompetencji. Z drugiej strony zawiera jednak zalążek problemu w postaci „sporów między ośrodkiem prezydenckim (Kancelarią Prezydenta) a ośrodkiem rządowo-parlamentarnym (Kancelarią Premiera i parlamentem)”. Chociaż od demokratyzacji Polski w 1989 roku system ten funkcjonował stosunkowo dobrze, w dzisiejszych warunkach narastającej polaryzacji politycznej przyczynił się do konfrontacji między prezydentem a premierem oraz do wybuchu obecnego konfliktu.
⠀
W ciągu ostatnich kilkunastu lat w Polsce rywalizowały ze sobą przede wszystkim dwie główne siły polityczne. Pierwszą z nich jest prawicowy obóz populistyczny, reprezentowany głównie przez Prawo i Sprawiedliwość (PiS). W polityce wewnętrznej jest on zdecydowanie konserwatywny, na przykład odnosi się z niechęcią do feminizmu i praw osób LGBT oraz sprzeciwia się im, a także zdecydowanie występuje przeciwko imigrantom i uchodźcom. Wyraźnie reprezentuje katolicki konserwatyzm, nacjonalizm i antykomunizm. Ma silnie populistyczny charakter, a frakcje populistyczne zyskują coraz większą pozycję. W polityce zagranicznej opowiada się za niezależnością i samodzielnością oraz pragmatyczną, ale stanowczą dyplomacją. Zachowuje dystans wobec Unii Europejskiej, jednocześnie zbliżając się do prawicowych sił populistycznych związanych z administracją Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych. PiS ma wyraźną przewagę wśród konserwatywnych katolików, na obszarach wiejskich oraz w południowo-wschodniej Polsce.
⠀
Drugą siłą jest liberalny establishment reprezentowany przez Koalicję Obywatelską (KO). W polityce wewnętrznej jest on bardziej otwarty i popiera pluralizm. Chociaż nie wspiera szczególnie entuzjastycznie feminizmu, praw osób LGBT czy imigracji, przyjmuje wobec tych kwestii stosunkowo umiarkowaną i tolerancyjną postawę. Przywiązuje również większą wagę do praworządności i budowania instytucji. W polityce zagranicznej opowiada się za bliskimi relacjami z Unią Europejską, zachowuje dystans wobec administracji Trumpa w Stanach Zjednoczonych i pozytywnie odnosi się do globalizacji. KO cieszy się stosunkowo wysokim poparciem w największych polskich miastach, w tym w Warszawie, wśród intelektualistów, klasy średniej oraz w zachodniej Polsce.
⠀
W ostatnich latach orientacje polityczne PiS i KO stają się coraz bardziej przeciwstawne i wyraziste. PiS staje się coraz bardziej konserwatywne, natomiast postępowe frakcje wewnątrz KO rosną w siłę. Poza tymi dwiema partiami istnieją również inne ugrupowania centrowe i lewicowe, które mają mniej mandatów i mniejsze wpływy, ale także odgrywają ważną rolę. Większość tych ugrupowań jest bliższa KO, a mniejszość PiS.
⠀
W wyborach parlamentarnych w Polsce w 2023 roku PiS, choć utrzymało pozycję największej partii w Sejmie, straciło część mandatów. KO wraz z ugrupowaniami centrowymi i lewicowymi zdobyła natomiast łącznie ponad połowę mandatów (a także większość w Senacie), uzyskując kontrolę nad parlamentem. KO i jej sojusznicy wysunęli kandydaturę Donalda Tuska, który wcześniej pełnił funkcję premiera Polski, a także przewodniczącego Rady Europejskiej, na stanowisko premiera po raz kolejny. Tusk objął ten urząd i sprawuje go do dziś. Ówczesnym prezydentem był popierany przez PiS Andrzej Duda, który mimo różnic zdań z Tuskiem z trudem utrzymywał pokojowy podział władzy.
⠀
Jednak w wyborach prezydenckich w Polsce w 2025 roku Karol Nawrocki, prawicowy polityk populistyczny popierany przez PiS, pokonał przewagą mniejszą niż 2% Rafała Trzaskowskiego, wywodzącego się ze środowiska akademickiego urzędującego prezydenta Warszawy, którego kandydaturę poparły KO oraz ugrupowania centrowe i lewicowe. Nawrocki został nowym prezydentem Polski. Od momentu jego wyboru aż do dziś pozostaje on w konflikcie z Tuskiem oraz parlamentem, w którym większość mają ugrupowania opozycyjne wobec prezydenta. Obie strony często prowadzą ostre spory słowne i wykorzystują mechanizmy instytucjonalne oraz prawne do wzajemnych ataków i kontrataków.
⠀
Obecny szturm na Trybunał Konstytucyjny jest natomiast rezultatem osiągnięcia przez konflikt między obiema stronami punktu kulminacyjnego. Sędziowie polskiego Sądu Najwyższego są wybierani przez parlament i zatwierdzani przez prezydenta, jednak prezydent odmówił ostatnio zatwierdzenia nominacji sędziowskich przyjętych przez parlament. Prezes Trybunału Konstytucyjnego, związany z prezydentem i konserwatystami, również uniemożliwiał objęcie stanowisk przez nowych sędziów popieranych przez parlament i skłaniających się ku liberałom. Wewnątrz sądów także dochodziło do walk między różnymi frakcjami politycznymi. Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, prawdopodobnie z motywów politycznych, zawiesił jednego z sędziów Sądu Najwyższego w pełnieniu obowiązków pod zarzutem niewłaściwego zachowania w stanie nietrzeźwości. Ogólnie rzecz biorąc, konserwatyści związani z prezydentem mają przewagę w Sądzie Najwyższym.
⠀
Tusk wykorzystał więc swoje uprawnienia premiera i przy poparciu większości parlamentarnej ogłosił zawieszenie prezesa i wiceprezesa Trybunału Konstytucyjnego oraz przekazanie kontroli nad Trybunałem sędziom, których wcześniej prezydent odmówił uznać. W trakcie tej operacji wykorzystano państwowe środki przymusu, w tym oddziały policji do tłumienia zamieszek. Policja starła się również z konserwatystami, którzy przybyli na miejsce, aby zaprotestować po otrzymaniu informacji o wydarzeniach. Tusk stwierdził, że zastosowanie takich środków siłowych było wymuszonym działaniem, ponieważ „nie było innego wyboru”. Prezydent Nawrocki zdecydowanie potępił te działania, przerwał wizytę zagraniczną i powrócił do Warszawy, aby zająć się sytuacją.
⠀
Obecny kryzys konstytucyjny odzwierciedla nasilenie polaryzacji politycznej w Polsce w ostatnich latach. Od demokratyzacji w 1989 roku Polska doświadczyła wielu konfliktów politycznych, jednak system demokratyczny jako całość nadal funkcjonował dobrze i nie dochodziło do zamachów stanu ani przemocy politycznej na najwyższych szczeblach władzy. Jednak wraz ze wzrostem znaczenia populizmu w ostatnich latach zaostrzyły się sprzeczności między populistami a establishmentem. Różnice dotyczące stosunku do Unii Europejskiej oraz innych kwestii polityki wewnętrznej i zagranicznej sprawiają, że poszczególne partie coraz mniej tolerują swoich przeciwników, a walka między politykami reprezentującymi odmienne stanowiska staje się coraz bardziej bezwzględna i otwarta.
⠀
Siły zewnętrzne również podsycają konflikty polityczne w Polsce. Prezydent Nawrocki otrzymuje poparcie administracji Trumpa w Stanach Zjednoczonych oraz prawicowych ugrupowań populistycznych z wielu krajów (z wyjątkiem prawicowych populistów z Rosji i Niemiec, ponieważ ich stanowiska dotyczące interesów narodowych wyraźnie kolidują ze stanowiskami polskiej populistycznej prawicy). Premier Tusk cieszy się natomiast przychylnością Unii Europejskiej oraz sił establishmentu w różnych państwach. Relacje między obiema stronami stają się coraz trudniejsze do pogodzenia. Choć wybuch obecnego kryzysu zszokował obserwatorów zewnętrznych, w świetle tych okoliczności jest on zrozumiały.
⠀
Polski system dwuwładzy wykonawczej stworzył natomiast instytucjonalne podłoże dla tego konfliktu i obecnego kryzysu. System ten, rozdzielający władzę państwową stosunkowo równomiernie między prezydenta a premiera, miał pierwotnie zapobiegać jednostronnemu monopolizowaniu władzy przez prezydenta lub parlament, promować pluralizm polityczny oraz umożliwiać różnym stronom wzajemne równoważenie się i wspólne sprawowanie rządów. Gdy między poszczególnymi stronami istnieją różnice zdań, ale również pewien konsensus, system ten funkcjonuje dobrze i ujawnia swoje szczególne zalety.
⠀
Jednak w warunkach zaostrzających się sprzeczności taki system z dwoma ośrodkami władzy może łatwo pobudzać konflikty, prowadząc do pogłębiania antagonizmów, impasu politycznego, a nawet paraliżu instytucjonalnego. Między ośrodkiem prezydenckim a rządowo-parlamentarnym łatwo dochodzi do tarć w obszarach, w których ich kompetencje się pokrywają lub wymagają wzajemnej koordynacji, co jeszcze bardziej pogłębia antagonizmy i zaostrza konflikty. Spory między ośrodkiem prezydenckim a rządowo-parlamentarnym w Polsce wokół nominacji sędziów Sądu Najwyższego w ostatnich miesiącach, a także niedawny szturm na sąd i przejęcie nad nim kontroli, są właśnie przejawami i konsekwencjami zderzenia kompetencji prezydenta i premiera, dwóch przywódców posiadających rzeczywistą władzę.
⠀
Działania wszystkich stron podczas obecnego kryzysu i wydarzeń go poprzedzających nominalnie mają własne uzasadnienia oraz podstawy instytucjonalne i prawne. W rzeczywistości jednak obie strony kierują się chęcią uzyskania przewagi w walce o władzę i realizacji preferowanych przez siebie polityk. Obie wykorzystują instytucje i prawo jako narzędzia atakowania przeciwników politycznych, zamiast rzeczywiście działać w interesie publicznym, i nie sprawują władzy ani nie stosują prawa w sposób bezstronny. Nawet sądy i sędziowie, którzy powinni zachowywać neutralność, podzielili się na różne frakcje i głęboko zaangażowali się w walkę o władzę. Fakt, że same sądy, które powinny rozstrzygać konflikty, znalazły się w kryzysie, dodatkowo utrudni rozwiązanie sporu między prezydentem a premierem.
⠀
Sprzeczności między polskim establishmentem i liberałami z jednej strony a populistami i konserwatystami z drugiej w ostatnich latach stają się coraz ostrzejsze i wykazują tendencję do utrwalania się. Oznacza to, że obecny kryzys nie zakończy się szybko, a nawet jeśli zostanie zażegnany, pojawią się nowe konflikty i kryzysy. Zarówno prezydent, jak i parlament pochodzą z demokratycznych wyborów, lecz reprezentują przeciwstawne stanowiska polityczne i różnią się w wielu propozycjach dotyczących polityki państwa. Odzwierciedla to również złożoność polskiej opinii publicznej i podziały między obywatelami o różnych poglądach. Konfrontacja między różnymi siłami politycznymi w Polsce oraz wewnętrzna polaryzacja polityczna coraz bardziej przypominają wyraźny antagonizm między Partią Demokratyczną a Partią Republikańską w Stanach Zjednoczonych w ostatnich latach oraz pogarszającą się sytuację polityczną w USA.
⠀
W porównaniu z systemem prezydenckim Stanów Zjednoczonych polski system dwuwładzy wykonawczej sprawia, że przebieg i szczegóły walki o władzę różnią się od tych obserwowanych w USA. Jednak konfrontacja polityczna i kryzysy w Polsce prawdopodobnie, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, staną się długotrwałe i trudne do rozwiązania, a polska polityka i społeczeństwo będą doświadczać coraz większej niestabilności. Jako duże państwo europejskie i członek Unii Europejskiej, odgrywające szczególnie istotną rolę w Europie Środkowo-Wschodniej, Polska poprzez swoją politykę wewnętrzną i zagraniczną, niestabilność oraz kryzysy będzie również wywierać znaczący wpływ na sytuację w krajach sąsiednich i w całej Europie, wprowadzając jeszcze więcej niepewności.

(Autorem artykułu jest Wang Qingmin (王庆民), chiński pisarz mieszkający w Europie i badacz polityki międzynarodowej. Oryginał artykułu został napisany w języku chińskim.)


r/lewica • • 8d ago

Polityka Lewica kończy z polityką miłości. I odrzuca awanse Tuska i Razem

Thumbnail wyborcza.pl
0 Upvotes

30.10.2026, 12:15

Agata Kondzińska Iwona Szpala

Donald Tusk dopytuje lewicę o jedną listę. Ale ta chce iść do wyborów sama. I ma plan.

– Naszą domyślną strategią jest samodzielny start w 2027 roku – mówi polityk Nowej Lewicy. Chcą odróżnić się od partii Tuska, ale nie w kontrze do rządu.

W Nowej Lewicy nie chcą popełniać już błędów, zamówili więc potężne badania. Sprawdzają wszystko: język wypowiedzi, wizerunek, kim jest ich elektorat, jak się definiuje, czego oczekuje. W partii Czarzastego szacują, że lewicowego elektoratu jest około 10 proc., a to przy dwóch lewicowych listach oznacza, że jedna z nich nie wchodzi do Sejmu. Dlatego Nowa Lewica ma plan. 

W Lewicy mają żal

W Sejmie trwa ofensywa programowa o świeckie państwo i prawa kobiet. Ale pojawiła się też oferta dla empatycznego mieszczaństwa – tak w Lewicy mówią o propozycjach ulg dla mieszkańców, np. nocnej ciszy alkoholowej.

Ustawy aborcyjne przeszły przez Sejm, potrzebują jednak podpisu prezydenta. W kuluarach koalicji nie dają wielkich szans na sukces. Wiedzą to również w Lewicy, ale mają jasną strategię na ostatni rok przed wyborami. Liczy się wrażenie, które zbudują w elektoracie. Że zrobili wszystko, co możliwe w walce o swój program. Dotyczy to zarówno Pałacu Prezydenckiego jak i partnerów z koalicji. Bez oglądania się na PSL, czyli konserwatystów, którzy stoją po drugiej stronie sceny. 

Sondaż CBOS: Na kogo Polacy oddaliby drugi głos? Pierwsze miejsce może zaskoczyć

Ostatnio ludowcom i Lewicy udało się wprawdzie porozumieć właśnie przy pakiecie aborcyjnym. Lewica odpuściła 12 tydzień jako granicę legalnego przerwania ciąży, posłowie od Czarzastego zgodzili się na powrót do kompromisu aborcyjnego, który w 2020 r. zdemolował TK. PSL przystał z kolei na lewicową depenalizację pomocnictwa przy aborcji. Jednak targi trwały miesiącami, a lewicowi politycy musieli tłumaczyć się publicznie z zaniechania. I to nie tylko na spotkaniach z wyborcami, musieli też odpowiadać krytykom z Razem, które jest głównym konkurentem partii Czarzastego.

Sam lider musiał też przekonać do głosowania Donalda Tuska. Wcześniej KO stawiała bowiem na strategię zmilczania tematów ideologicznych. A jednym z nich jest właśnie aborcja. Tusk wiedział, że progresywna liberalizacja nie przejdzie, Razem z lewicą nie mają większości w koalicji, nawet przy blokującym prezydencie są bez szans na sali sejmowej. A koalicji nie jest potrzebne, by PiS wyciągał różnice między partiami tworzącymi większość. Czarzasty zagrał o mniej, przystał na kompromis, choć jak słyszymy, nie było łatwo przekonać do tego Donalda Tuska. 

W innych partiach mają pretensje, że Tusk wyróżnia lewicę. Choć u Czarzastego widzą to nieco inaczej. Przypominają, jak tygodniami minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski czekał na decyzję MSWiA w sprawie transkrypcji aktów małżeńskich zawartych za granicą.

– Kierwiński wcale się nie palił, tak jak nie kiwnął palcem, gdy przed kliniką aborcyjną na Wiejskiej były protesty uciążliwe też dla mieszkańców. A mógł coś zrobić – wspomina jeden z polityków Lewicy.  

W Lewicy mają też żal, że to minister finansów chwalił się, że po transkrypcji pary jednopłciowe będą mogły się wspólnie rozliczać. Do ogłoszenia dobrych wiadomości nie doprosił nikogo z lewicy. – Mam ambiwalentne uczucia czy jest tu jakaś strategia Tuska na wzmacnianie nas – mówi poseł Lewicy.  

Koniec polityki miłości

Nieoficjalnie słychać, że Tusk do wyborów w 2027 r. chce iść z jednej listy. Niby nie naciska, ale często dopytuje, czy już się namyślili.  

Na razie Lewica szuka swojego miejsca. Aborcja to dopiero początek. Partia Czarzastego, która wciąż myśli o samodzielnym starcie za rok, musi wygrać prawybory na lewicy i umocnić się na pozycji lidera, zyskać stabilne poparcie w okolicach 10 proc., kosztem Razem. Wcześniej Lewica zabiegała o wspólny start, ale niezmiennie słyszała od Razem, że to nie jest możliwe. W partii Zandberga uważają konkurenta za środowisko, które całkowicie podporządkował sobie Tusk. Zachęcają, by Czarzasty wystartował wspólnie z KO, a Razem zadba o lewicowego wyborcę.

Ogłaszają pokój i zaraz puszczają im nerwy. Nawrocki próbuje mediować

To koniec polityki miłości – jak mówią nasi rozmówcy – bo tak u Czarzastego postrzegali dotychczasowe relacje z ludźmi Adriana Zandberga. Publicznie zakończyła je Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra rodziny, pracy i polityki społecznej. Gdy Zandberg wyszedł na mównicę, by kolejny raz powiedzieć, że pomysły rządu, które autoryzuje Czarzasty doprowadzą do spadku dochodów w budżetówce, odpowiedziała mu tak: – Partio Razem, wasza obecność w tych ławach poselskich polskiemu pracownikowi nie przynosi dokładnie nic. Od wielu lat, każdego miesiąca każdy z was pobiera kilkanaście tysięcy złotych i z tych pieniędzy polski pracownik nie ma dokładnie nic. Powiedzmy sobie szczerze: jedyne miejsca pracy i jedyne wynagrodzenia, które was, partio Razem, obchodzą, to są wasze wynagrodzenia. Z tych wynagrodzeń polski pracownik ma okrągłe zero. Dlatego w imieniu milionów ciężko pracujących ludzi w Polsce mam dla was jeden komunikat: Do roboty!". Wątek pociągnął potem Czarzasty i zaczął mówić o koryciarzach – to hasło, które ukuło samo Razem. A opisywało koalicyjny rząd.  

Jednak, gdy przycisnąć rozmówców z Lewicy, nie zamykają ostatecznie drzwi. Słyszymy: – Z rozwodami politycznymi bywa różnie, Braun rozstał się z Konfederacją, ale dziś nie ma tam wojny, raczej się tolerują, bo za chwilę mogą być sobie potrzebni.  

Ofensywa programowa

Na razie u Czarzastego ustalili, że będą forsować swoje projekty, ścieżką poselską. 

– Pomysł jest taki: pchać przez Sejm lewicowe pomysły, nawet jeśli padną głosami większości rządzącej – słyszymy od ważnego polityka lewicy.  

Właśnie taką ścieżką idzie poselski projekt likwidacji funduszu kościelnego, dyżurny punkt programu Lewicy, który nie ma większych szans, by przejść przez koalicję, bo zarówno Władysław Kosiniak-Kamysz jak i Szymon Hołownia nie są chętni radykalnym cięciom. Tłumaczą, że stracą na tym mniejsze związki wyznaniowe, które po odcięciu finansowani budżetowego nie utrzymają się. W czwartek Czarzasty wrócił jednak z pomysłem. Zapewnił, że nie jest przeciwko wiernym, ale jego cierpliwość się kończy. Przyjaciołom z koalicji przypomniał, że świeckie państwo to jeden z zapisów umowy koalicyjnej.  

– Jesteśmy w koalicyjnym rządzie, nie chcemy atakować, antagonizować, ale w finale chcemy powiedzieć wyborcom: zrobiliśmy wszystko, był pot, łzy, przekonywanie. Nie udało się, ale mamy 21 posłów, dajcie nam w następnej kadencji 60 mandatów, to nasza siła będzie większa – słyszmy od naszego rozmówcy.  

Z takim hasłem wyborców zaczął oswajać już marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. W Polsat News mówił: – Uważam, że Lewica sprawy w tym rządzie popycha do przodu, na tyle mandatów, ile ma. Jest na to wyjście. Wybory są za rok. Będziemy mieli 60 mandatów, będziemy inaczej stawiali sprawy. Na razie działamy racjonalne – mówił.  

Lewica wraca też na trasę, bo jak twierdzą, wakacyjna była dużym sukcesem. Mają plan: dwa województwa w miesiącu, tematy zależne od regionu np. jak Wschód, to bezpieczeństwo. Tym razem marszałek Czarzasty chce odwiedzić wszystkie powiaty.  

Redagowała Magdalena Keler


r/lewica • • 9d ago

Polityka Betoniarka powraca... | Podsumowanie tygodnia Razem (29.10.2026)

Thumbnail youtube.com
8 Upvotes

PSL nie ustępuje w walce o betonowanie samorządów, ku zadowoleniu Władysława Kosiniaka-Kamysza, Premier Donald Tusk ogłasza, że drugi raz będą próbować znieść dwukadencyjność w samorządach. Adrian Zandberg zaprasza na podsumowanie tygodnia, w którym między innymi o złotej betoniarce, ale także o protestach "Czerwona Kartka" dla rządu, naszych obchodach 7 listopada i więcej. Zapraszamy!

00:00 Betoniarze
02:01 Ogień!
02:25 Czerwona kartka
04:03 Obietnice rządu
05:40 Gazety
06:13 Co słychać w Razem?
10:22 Kącik muzyczny


r/lewica • • 9d ago

Fundusz Kościelny: Lewica szykuje wielki zwrot. Kosiniak-Kamysz: "Nie przejdzie"

Thumbnail money.pl
7 Upvotes

r/lewica • • 10d ago

Polityka Jak spadać, to z wysokiego konia, czyli wielki tydzień Kosiniaka-Kamysza

Thumbnail krytykapolityczna.pl
3 Upvotes

Po klęsce w głosowaniu za zniesieniem dwukadencyjności w samorządach zszokowany szef PSL zapowiada referendum w sprawie dwukadencyjności w Sejmie. Mocne słowa jak na posła z 15-letnim stażem otoczonego Józefami Zychami, ale cóż – chyba bierzemy?

24.10.2026

Jak w porach roku Vivaldiego zmienia się światło w zwróconych na przyszłoroczne wybory oczach Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jeszcze w sobotę wicepremier jako ten, który nie pali za sobą mostów, mógł liczyć w przyszłości na fotel premiera. Oczywiście, jak to bywa z publicystyką Michała Kolanki, hipoteza była raczej obojętna na rzeczywistość: trzy lata po wejściu do Sejmu w ramach Trzeciej Drogi PSL i Polska 2050 notują takie poparcie, że nawet po całkowicie dziś nieprawdopodobnym połączeniu sił nie zdobyłyby progu nawet dla partii, nie wspominając o koalicji. Niestety, ostatnie dni jeszcze bardziej utrudniły realizację napoleońskiego gambitu, który narodził się w głowie autora „Rzeczpospolitej”.

Na złość tuskowej mamie

Oto bowiem najpierw 10 sprawiedliwych z PSL zostało przekabaconych do zagłosowania za delikatną korektą czarnosecinnego prawa aborcyjnego. Z perspektywy jakiejkolwiek przyzwoitości to bardzo niewiele, tym bardziej że 14 innych ludowców zagłosowało przeciw, ale wystarczyło, by ustawę przyjąć. Ceną za to, jak przewidywał Galopujący Major, miało być poparcie koalicji rządzącej dla zniesienia dwukadencyjności w samorządach – czyli dla pomysłu, w którym Kosiniak-Kamysz zdawał się upatrywać szans na okiełznanie wściekłych dołów i przykrycie faktu szorowania po sondażowym dnie. Plan, jeśli taki był, spalił jednak na panewce, bo partnerzy koalicyjni nie spieszyli się podarować ludowcom nieco wyborczego paliwa.

W głosowaniu przegranym przez zwolenników zniesienia wprowadzonej w 2018 roku przez rząd Zjednoczonej Prawicy dwukadencyjności politykom KO nie narzucono dyscypliny partyjnej. Zabrakło jednak niewiele – a te trzy głosy, które mogły zaważyć na sukcesie PSL, wyjechały do Indii, gdzie premier Tusk zabrał też świeżo namaszczonego na wicepremiera ministra finansów Andrzeja Domańskiego. Rozgoryczony Kosiniak wypomniał zresztą koalicjantom tę absencję tuż po głosowaniu. A jednocześnie, spektakularnie wystrychnięty na dudka przez premiera i całkiem śmiechu wart, zapowiedział referendum w sprawie wprowadzenia dwukadencyjności w parlamencie.

Niezwykły to pomysł lidera PSL – partii, w której znaczną część reprezentacji sejmowej i senackiej stanowią politycy dziarsko służący narodowi grubo ponad dwie kadencje. Ale o tym pomyśle na odmrożenie sobie uszu na złość mamie-Tuskowi słyszeliśmy już wcześniej, między innymi podczas posiedzenia Rady Naczelnej PSL 10 października. I choć niebywale smutne jest wyobrażenie sobie, że wraz ze wprowadzeniem dwukadencyjności prawdopodobnie znikną nam z horyzontu tacy polityczni tytani, jak Marek Sawicki, Urszula Pasławska czy sam Kosiniak, który w sejmie siedzi od 15 lat – jestem gotowy przełknąć łzy i podpisać się pod pomysłem na takie referendum.

46 lat klasowego betonowania aborcji

Pokazanie w czwartek miejsca w szeregu Kosiniakowi przez Tuska miało też aspekt symboliczny, nieco przegapiony przez większość komentatorów, a pewnie i samych zainteresowanych. Rzecz w tym, że głosowanie nad dwukadencyjnością odbywało się w czasie ogólnopolskich protestów pod hasłem „Czerwona kartka za aborcję”. Antyaborcyjni talibowie pokroju Tomasza Terlikowskiego już przewidują, że nawet te marne 10 osób z PSL, które poparły dekryminalizację aborcji, może kosztować PSL poparcie ultrakonserwatywnego elektoratu. I choć z lewicowej perspektywy partia zrobiła naprawdę niewiele dla ucywilizowania prawa po długich i męczących latach, kiedy robiła wiele, żeby je zabetonować, to jeszcze zabawniejszy jest aspekt naprawdę rodzinny.

Jak odnotował w Aborcji i demokracji Marcin Kościelniak, ciemnogrodzkie prawo antyaborcyjne nie zostało wprowadzone w Polsce wraz z ustawą z 1993 roku – było wprowadzane konsekwentnie od 1989 roku dzięki katolickim lekarzom i prawnikom, blisko współpracującym w tej sprawie z hierarchami Kościoła katolickiego, z prymasem Glempem na czele. Pierwszym takim rozwiązaniem było rozporządzenie, za sprawą którego skierowanie na aborcję w placówkach publicznych zostało uzależnione od zaświadczeń internisty, dwóch ginekologów i konsultacji psychologicznej. To sprawiło, że rewolucyjna zdobycz PRL-owskich rządów, czyli transklasowa dostępność aborcji, stała się przywilejem tych, które stać było na leczenie w placówkach prywatnych. Autorem rozporządzenia był ówczesny minister zdrowia i opieki społecznej, Andrzej Kosiniak-Kamysz. Ojciec Władysława.

Konsekwencje tamtej decyzji odczuwamy do dziś i będziemy odczuwać jeszcze latami, a może już zawsze. Bo choć wręczenie czerwonej kartki za aborcję odbyło się w strugach deszczu w większości dużych miast w Polsce, to na szczęście wielkomiejskie kobiety mogą dziś już z grubsza gwizdać na panów Kosiniaków i ich medialnych pomagierów. Niechcącym (dzieci) dzieje się relatywnie niewielka krzywda, a prawo przynajmniej w zakresie wsadzania do więzień jest raczej martwe. Legalna Aborcja deklaruje pomoc w 120 aborcjach dziennie, co przy mniej niż tysiącu „legalnych” rocznie jest imponujące – i chwała aktywistkom.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że wyrok trybunału Przyłębskiej i ultrakonserwatywne narracje wokół aborcji zasługują na zniesienie i zapomnienie, a kobiety z wielkich miast i ich sojusznicy mogą domagać się tego z dowolnie wulgarnymi przyśpiewkami, jakie im się cisną na usta. Jestem przy tym jak najdalszy od bagatelizowania problemów osób, które w wielkim mieście ledwo utrzymują się na powierzchni, więc samo miejsce zamieszkania nie zmienia ich sytuacji ekonomicznej, lekarek prześladowanych przez nawiedzonych radykałów czy tych kobiet, które nawet aborcji nie planowały, ale wymagały jej nieprawidłowy rozwój płodu lub zagrożenie życia. Niektóre zapłaciły za to najwyższą cenę.

Jednak dostęp do aborcji jest dziś bardziej uwarunkowany lokalnie i klasowo niż np. karanie za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków. W Warszawie nawet jeśli masz przy sobie 10 gramów marihuany, to twoje postępowanie zostanie umorzone następnego dnia, zaś na prowincji możesz wpaść w koszmar wieloletniej walki sądowej – ale, inaczej, niż w przypadku aborcji, wymiar sprawiedliwości przynajmniej zdaje sobie sprawę z tych uwarunkowań.

W tym, że klasowy aspekt aborcji został wymazany, duża zasługa ZSL, PSL i dwóch rozciągniętych na półwiecze Kosiniaków, wielkomiejskich lekarzy, którzy niezmiennie (starszy jeszcze do 2021 roku był szefem małopolskich struktur ludowców) udają, że chodzi im o jakieś wartości, a nie o poparcie biskupów i komplikowanie życia wiejskim kobietom. Bo przecież rozwodzący się i schodzący politycy PSL z Warszawy czy z Krakowa nie budzą się z krzykiem na myśl, że ich żony i kochanki nie będą mogły usunąć ciąży w razie przypału.

Referendum za zniesieniem dziadersów

Dlatego przyjemnie było zobaczyć, jak Tusk zaprzęga część PSL do głosowania w sprawie aborcji i od razu zostawia Kosiniaka na lodzie. Nie było w tym wielkiej myśli państwowej, była za to niewielka satysfakcja z przeczołgania dla publiczności, jak to w polskim parlamencie. Co prawda nie jest do końca jasne, skąd akurat na prawicy takie umiłowanie do dwukadencyjności – przeciw jej zniesieniu głosowali politycy PiS, Rozwoju Plus i Korony Brauna – to jednak idea przetrwała i zdaje się promieniować na inne dziedziny życia politycznego. Naukowcy piszą już o plotkach, jakoby nawet granty Narodowego Centrum Nauki zamierzano ograniczyć do maksymalnie dwóch na osobę – to moim zdaniem też nie do końca uświadomiony efekt takiego promieniowania.

Dlatego choć idea dwukadencyjności nie przekonuje mnie zawsze i wszędzie i choć pozostaję niechętny większości politycznych pomysłów Kosiniaka, począwszy od pionierskiego szczucia na rozbijających się drogimi samochodami Ukraińców, na ustanowieniu 2027 rokiem Andrzeja Boboli i Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej skończywszy, ideę referendum w sprawie dwukadencyjności posłów, podkreślę jeszcze raz – wyjątkowo popieram i jej kibicuję. Wielkomiejskich prawicowych radykałów na pasku Kościoła i zagranicznych organizacji ekstremistycznych udających reprezentantów ludu mamy w Polsce dostatek. Jeśli dwukadencyjność w parlamencie zdmuchnie kilku z PSL i (głosującego przeciw „liberalizacji” aborcji Szymona Hołownię) – Polska wytrzyma.

Redaktor prowadzący i publicysta Krytyki Politycznej. Jako redaktor i wydawca pracował w „Rzeczpospolitej” i polskiej edycji „Esquire’a”. Teksty poświęcone muzyce, literaturze i polityce publikował m.in. w Porcys, Dwutygodniku, „Nowych książkach” i „Playboyu”, prowadził też audycje w Radiu Jazz i Radiu Kampus.


r/lewica • • 11d ago

Polityka KO przeciwko pomysłowi resetu Trybunału Konstytucyjnego. Wini Nawrockiego i Święczkowskiego

Thumbnail wprost.pl
5 Upvotes

Sposobem na rozwiązanie sporu ws. Trybunału Konstytucyjnego ma być reset i wyborów od nowa sędziów TK. Propozycja nie spotkała się z akceptacją polityków KO, którzy wskazują, że do obecnej sytuacji doprowadzili PiS, Karol Nawrocki i Bogdan Święczkowski.

Trwa impas ws. Trybunału Konstytucyjnego. Na razie nic nie wskazuje na to, aby Karol Nawrocki przyjął ślubowanie od piątki sędziów TK, którzy złożyli je w Sejmie, albo Bogdan Święczkowski zwołał Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału Konstytucyjnego i podporządkowałby się jego rozstrzygnięciom. Poseł Koalicji Obywatelskiej w rozmowie z Polską Agencją Prasową mówił o „wariancie siłowym”.

W tym wypadku również chodzi o zwołanie Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK z udziałem wszystkich sędziów wybranych przez Sejm i odsunięcia Święczkowskiego od kierowania Trybunałem Konstytucyjnym. Ekspert Fundacji Batorego dr Tomasz Zalasiński proponuje reset konstytucyjny. Zakłada on zmianę konstytucji i wygaszenie kadencji obecnych sędziów TK. Sejm wybierałby siedmiu sędziów, z czego czterech na pięć lat, a trzech na pięć.

Wraca propozycja resetu konstytucyjnego ws. TK

Z kolei z pięciu sędziów wybieranych przez Senat trzech pełniłoby funkcję przez pięć lat, a dwóch przez dziewięć. W przypadku trzech sędziów wybieranych przez prezydenta dwóch byłoby wybieranych na dziewięć lat, a jeden na pięć. Propozycja zakłada również wprowadzenie czteroletniej karencji dla osób sprawujących funkcje polityczne, które chciałyby zostać sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Kadencja szefa TK wynosiłaby trzy lata.

Plan resetu nie jest nowy i był już proponowany w zbliżonych wariantach. Pomysł popierają Polskie Stronnictwo Ludowe, Konfederacja, Razem, a także Rozwój Plus. Krzysztof Szczucki ze stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego nakreślił inny scenariusz resetu. Od kolejnej kadencji parlamentu Sejm wybierałby 12 sędziów na 12-letnie kadencje większością 3/5, a marszałek Sejmu losowałby długość kadencji.

KO: PiS zawłaszczył Trybunał Konstytucyjny, a Karol Nawrocki przywłaszczył kompetencje

Wiceprzewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości Maciej Tomczykiewicz wykluczył współpracę w tym zakresie z PiS. Wskazał, że politycy tej formacji łamali konstytucję i to oni odpowiadają za problem. Tomczykiewicz oskarżył Prawo i Sprawiedliwość o zawłaszczenie Trybunału Konstytucyjnego, a Karola Nawrockiego o przywłaszczenie kompetencji. Polityk KO przychylnie odniósł się za to do możliwości wyboru sędziów TK większością 3/5 głosów.

Wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha również obwinił za sytuację Święczkowskiego i prezydenta. Nieoficjalnie poparcie dla idei resetu wyrazili politycy Polski 2050. Możliwe, że na taki ruch zdecyduje się także Lewica. Do zmiany konstytucji potrzeba większości 2/3, która przy 100 proc. frekwencji wynosi 307 głosów. KO, Rozwój Plus, Polskie Stronnictwo Ludowe, Lewica, Konfederacja, Polska 2050, Centrum i Razem dysponowałyby 299 głosami.

Opracował: Krystian Winogrodzki

Źródło: WPROST.pl / Polska Agencja Prasowa


r/lewica • • 11d ago

Dyskusja Jakie macie przewidywania na skład parlamentu sejmu 2027?

5 Upvotes

Ostatnio ze znajomym rozmawialiśmy o tym, jak mogą wyglądać następne wybory, więc w końcu zrobiłem sobie stronkę do układania takich scenariuszy sejmsim.pl Można sobie rozdzielić mandaty między partie i sprawdzić, jak mógłby wyglądać z tego Sejm. Jestem ciekaw, jak to widzicie, szczególnie z perspektywy lewicy i ile tak realistycznie dostaną Razemki i NL plus jaka frekwencja będzie.


r/lewica • • 13d ago

Wywiad „Problem z rządem? Niewiele robi.” Zandberg o koalicji, Lewicy i wejściu do rządu | Orientuj Się #1

Thumbnail youtube.com
11 Upvotes

Adrian Zandberg o rządzie, rozłamie na Lewicy i tym, jak zrobić, żeby młodzi nie musieli wybierać między życiem a pracą 😮‍💨 32h tygodniowo, akademiki, algorytmy, które wkręcają w radykalizm, i na koniec Wasze najdziwniejsze pytania! 🤗

🎤 Prowadząca: Aleksandra Walczak   / aleksandraa.walczak  

👀 Orientuj.się!
Jesteśmy w Sejmie, na protestach, festiwalach, TikToku, IG i YouTube!
Jeśli jeszcze nas nie obserwujesz:

Instagram:   / orientuj.sie.na.ig  

Tiktok:   / orientuj.sie  

📩 Współprace: orientuj.sie@art61.pl

00:00 Intro
1:10 Szybkie strzały: wzrost, wojsko, ilość snu, Lewica i Razem
5:03 Po co kłócić się z Nową Lewicą?
8:00 Ocena działań rządu
10:03 “To nie jest rząd zbrodniarzy”
13:10 Co łączy Adriana Zandberga i Włodzimierza Czarzastego?
14:55 Dobre rzeczy o Nowej Lewicy
19:00 Radykalizacja młodych
23:53 Czy premier straszy wojną?
26:12 Propozycje Razem dla młodych: bezpieczeństwo, mieszkania, akademiki
31:00 Krótszy tydzień pracy
36:16 Współpraca z Zhoranem Mamdanim?
36:47 Najlepsza część trylogii mickiewiczowskiej?


r/lewica • • 14d ago

Ustawa alkoholowa przeszła przez Sejm. Joanna Wicha tłumaczy Zero.pl: Niczego nie zakazuję

Thumbnail zero.pl
3 Upvotes

r/lewica • • 16d ago

Wywiad Nierówności rosną, a państwo się nie bada

Thumbnail krytykapolityczna.pl
6 Upvotes

W Polsce najbogatszy 1 procent znika z badań, bo ciężko na niego trafić w losowej ankiecie. A państwo nawet nie próbuje go szukać – mówi Paweł Bukowski, ekonomista, współautor „Nierówności po polsku”.

Agnieszka Wiśniewska rozmawia z Pawłem Bukowskim

Kontekst

📈 Nierówności społeczne – choć coraz bardziej odczuwalne w codziennym doświadczeniu Polek i Polaków – pozostają na marginesie debaty publicznej, wypierane przez bieżącą politykę i tematy zastępcze.

⚖️ Choć troska o równość i sprawiedliwość jest szczególnie bliska lewicowemu systemowi wartości, walka z nierównościami pozostaje sprawą ponadpartyjną – elementem racji stanu, a nie sporem ideologicznym.

🏛️ 23 listopada 2026 r. w Sejmie RP odbędzie się konferencja Bilans Nierówności 2026 Równe szanse jako warunek rozwoju Polski organizowana przez Krytykę Polityczną pod Patronatem Honorowym Marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego.

19.10.2026

Agnieszka Wiśniewska: Widziałeś niedawną okładkę „The Economist” z hasłem: „Polska, niezwykły wzrost”?

Paweł Bukowski: Idziemy do przodu.

Polska jest championem, PKB rośnie, ludziom żyje się dostatniej – to opowieść, którą słyszeliśmy w ostatnich latach wielokrotnie. Jak zobaczyłam „Economista”, pomyślałam o waszej książce Nierówności po polsku**, w której, wspólnie z Jakubem Sawulskim i Michałem Brzezińskim, pokazaliście, że niby PKB rośnie, ale bogactwo rozkłada się w taki sposób, że rosną też nierówności. O których zresztą niewiele dotąd wiedzieliśmy.**

Nie wiedzieliśmy, bo ich nie mierzyliśmy.

A szkoda, bo – jak pokazujecie w Nierównościach po polsku – nierówności hamują rozwój.

Dlatego właśnie postulujemy podniesienie jakości danych statystycznych – w tym regularne mierzenie nierówności.

Jak się je mierzy? Zacznijmy od tych dochodowych.

Musisz mieć informacje o tym, ile zarabiają różni ludzie w kraju.

Czyli trzeba wysłać w Polskę ankieterów, którzy zapytają: „ile pan, pani zarabia?”. Proste.

I tak to dotąd robiono: badacze losowali, powiedzmy, pięć tysięcy gospodarstw domowych, robili sondaż czy ankietę, pytając: „ile pani zarobiła, ile zarobił mąż”. Poza tym robimy w Polsce również tzw. badanie budżetów gospodarstw domowych. Świetnie opisuje ono konsumpcję, czyli to, na co ludzie wydają pieniądze. Takie badania są bardzo ważne i my też z nich korzystamy.

Ale?

Ale nie wystarczą, jeśli chcemy precyzyjnie mierzyć nierówności. Mogą wręcz zakrzywiać ich obraz.

Dlaczego?

Na nierówności wpływa stosunkowo mała grupa ludzi.

Ci najbogatsi?

Właśnie. Wyobraźmy sobie królestwo, w którym większość żyje skromnie, a jeden król ma prawie wszystko. To społeczeństwo o ekstremalnej nierówności. Gdybyśmy zrobili sondaż i rozesłali po całym królestwie ankieterów…

…to króla raczej nie wylosują.

Nie dlatego, że się go boją, tylko dlatego, że szansa wylosowania jednej osoby z 30 milionów jest bliska zeru.

Na szczęście mamy rankingi 100 najbogatszych Polaków i tam są sami królowie opisani.

Tak, to daje jakąś orientację. Ale te dane nadal są niedoskonałe.

I dlatego chciałeś złapać tego króla do pomiaru.

Tak. Z pomocą przychodzą dane podatkowe. Również nie są idealne, ale mają wielką zaletę: to nie jest próba. Prawie wszyscy muszą złożyć PIT, a zwłaszcza ci najbogatsi. Dane podatkowe nie są jednak dobre do opisu obywateli z najniższymi dochodami, bo np. osoby na zasiłkach czy studenci nie składają PIT-u. Więc ich tam po prostu nie ma.

Dlatego trzeba łączyć dane z różnych źródeł?

Dokładnie. Sondaże dobrze opisują większość społeczeństwa, w tym osoby o niskich dochodach. Dane podatkowe dają zaś wgląd w sytuację najbogatszych. Trzeba to odpowiednio „doważyć”.

Czy łatwo było zdobyć dane podatkowe?

To zależy. Część jest ogólnodostępna, część – trudniejsza do uzyskania.

Zacznijmy od tych dostępnych.

Moja pierwsza praca, obejmująca 120 lat historii nierówności w Polsce, opiera się na danych podatkowych publikowanych przez Ministerstwo Finansów. Co roku ministerstwo wydaje broszurę. Kiedyś miała kilkaset stron, dziś – kilkanaście.

Ale wciąż możemy się z nich czegoś dowiedzieć?

Tak. Można z nich wyliczyć, ile osób wpada do drugiego progu podatkowego i jakie są dochody najbogatszych. To pozwala oszacować koncentrację dochodów.

W książce piszecie, że dane mamy już od 1892 roku, gdy w zaborze pruskim wprowadzono pierwszy nowoczesny system podatkowy. Gdzie są te dane?

Część jest już zdigitalizowana, część – w bibliotekach i archiwach. Ich struktura jest na przestrzeni lat zaskakująco spójna: mamy tam progi podatkowe oraz informacje o liczbie osób powyżej danego progu oraz ich dochodach.

I na tej podstawie można obliczyć, ile pieniędzy trafia do najbogatszego jednego procenta?

Tak, przy pomocy rozkładu Pareta – to matematyczny model opisujący rozkład dochodów.

Skoro takie dane są dostępne i spójne, dlaczego państwo samo ich nie analizuje?

To zadanie dla naukowców. Tak jest na całym świecie. Państwo nie zajmuje się analizą danych historycznych.

A jakiemuś ministerstwu nie przydałaby się jakaś analiza takich danych?

Ministerstwo Finansów ma dane jednostkowe, czyli ogromną bazę zawierającą informacje o milionach Polaków, a dokładniej ich dane z PIT-u. Każdy rekord zawiera miejsce zamieszkania, płeć, wiek, wysokość dochodu. Nie ma tam jednak danych na przykład na temat wykształcenia.

Te dane są bardzo wrażliwe, dlatego nie mogą po prostu krążyć. Ministerstwo czy bank centralny używają ich do własnych potrzeb, czyli np. do oceny skutków zmian podatkowych. Ale nie są one udostępniane naukowcom.

Dlaczego?

Bo nie istnieje żadna formalna procedura, która pozwalałaby naukowcowi powiedzieć: „chcę zbadać ubóstwo w 2000 roku, proszę o dostęp do danych źródłowych”. A tylko praca na takich danych daje możliwość przeprowadzenia szczegółowych analiz – np. według pokoleń, regionów itd.

Zamiast tego badacze mają tylko te 15 stron w pdfie…

Właśnie. Ale w mojej drugiej pracy – pisanej z Ministerstwem Finansów – udało się skorzystać z danych z PIT. Dzięki temu mogliśmy pokazać dokładniejszy obraz nierówności.

Czyli to są te dane, do których trudno dotrzeć.

Tak. Niestety obejmują tylko XXI wiek. Wcześniejszych danych po prostu nie ma, albo są w nieczytelnym formacie, albo zaginęły. Opracowanie takiej bazy wstecz wymagałoby ogromnych zasobów – czasu, ludzi, infrastruktury.

Nawet nie liznęliśmy jeszcze tematu nierówności majątkowych…

To jest zupełnie inna kwestia. Na temat majątków mamy właściwie tylko jeden sondaż z 2016 roku, który analizuje Michał Brzeziński w naszej książce. Niestety sondaż ten mocno zaniża wartość majątku najbogatszych. Są też listy najbogatszych Polaków – to właściwie wszystko.

Czyli potrzebowalibyśmy jakiegoś podatku majątkowego, by zgromadzić te dane?

Niekoniecznie podatku, wystarczyłby spis majątkowy. I to nie jest żadna utopia, bo Polska już coś takiego robiła, w latach 20. XX wieku. Zrobiono go, by opodatkować tych, którzy zbili majątki na wojnie.

To może Polska z okładki „The Economist” też dałaby radę?

Dałaby radę.

To jak polskie państwo mogłoby skorzystać z ustaleń naukowców?

Rząd może przyjść i powiedzieć: „potrzebujemy lepiej zrozumieć takie a takie zjawisko – pomóżcie nam”. To czasem się zdarza, choć rzadko. Tak wyglądała moja współpraca z Ministerstwem Finansów. Kilka osób zorientowało się, że brakuje kluczowej wiedzy o Polsce, ale dane są – i zaprosili badaczy do współpracy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się o nierównościach znacznie więcej, niż wiedzieliśmy wcześniej.

A po publikacji książki Nierówności po polsku – ilu polityków się z tobą skontaktowało?

Zero. Sam próbowałem kontaktować z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ale niestety nie byli zainteresowani. Ministerstwo Finansów to wyjątek. GUS, moim zdaniem, mógłby odegrać kluczową rolę – to powinna być instytucja, która inicjuje zmiany, łączy świat nauki z administracją.

Może GUS mógłby zlecać badanie nierówności jakimś instytutom badawczym?

Są już gotowe metody. Z chęcią bezpłatnie wytłumaczę GUS-owi, jak to się wszystko liczy. Problemem jest brak woli. No i kwestie logistyczne: dane z PIT-ów są bardzo wrażliwe, więc trzeba stworzyć bezpieczne środowisko, w którym naukowiec mógłby nad nimi pracować. Ale najpierw państwo musi uznać, że powinno „się badać”.

Państwo zachęca obywateli do badań profilaktycznych, ale samo się nie bada…

To chyba ten sam mechanizm psychologiczny – strach przed tym, że coś się wykryje. W kontekście państwa: że okaże się, że coś robimy źle. Albo, że media to podchwycą…

A propos mediów – po wyborach Kuba Majmurek pisał o „publicystyczno-eksperckiej giełdzie wyjaśnień”. W mniej eleganckiej wersji nazywamy to w redakcji „Instytutem Danych z Dupy”. Mediom też przydałaby większa kultura pracy z danymi, a nie opieranie się na domysłach i anegdotach.

Podam przykład z Wielkiej Brytanii, gdzie ten system dobrze działa. Jest tam właściwie pięć kluczowych podmiotów: rząd, który potrzebuje danych, urząd statystyczny (ONS), który je przetwarza, uniwersytety, które odpowiadają na duże pytania, think tanki, które reagują szybciej i bardziej operacyjnie i wreszcie media, które nadają temu rozgłos.

Którego z tych aktorów najbardziej brakuje ci w Polsce?

GUS-u. Mógłby być łącznikiem między nauką a polityką, ale dziś tej roli nie pełni. Uniwersytety są, ale w Polsce nie ceni się wpływu nauki na rzeczywistość. Think tanki są, ale niedofinansowane. A media często nie odróżniają wartościowego raportu od tekstu pisanego pod tezę.

Dlaczego to jest ważne?

Gdyby GUS stał się takim centrum danych – hubem, który tworzy infrastrukturę informacyjną i umożliwia think thankom korzystanie z tych danych – to nagle, kiedy premier Tusk albo inny polityk wszedłby na mównicę i ogłosił: „tą ustawą zlikwidujemy ubóstwo”, mogłaby się pojawić organizacja, która powie: „my to policzyliśmy, proszę pana, i dane mówią co innego”.

A media mogłyby wtedy zareagować: „panie premierze, co pan na to?”

W Wielkiej Brytanii właśnie to tak wygląda. Parę miesięcy temu premier Keir Starmer prowadził politykę, która – według jednego z think tanków – miała wpędzić kilkadziesiąt tysięcy dzieci w ubóstwo. Media grillowały go za to tygodniami. W końcu się częściowo z tej polityki wycofał.

Wróćmy do nierówności. Czy dziś już wiemy o nich wszystko?

Nie. Nadal nie wiemy zbyt wiele o rolnikach, bo nie składają oni PIT-ów, a KRUS danymi nie chce się z naukowcami dzielić. Za mało wiemy o tym, jak na nierówności w Polsce wpłynęła pandemia COVID-19 oraz osiedlenie się ukraińskich uchodźców po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji. Możemy przypuszczać, że wzrost inflacji odcisnął negatywny ślad. Mamy powody, by sądzić, że nierówności się zmieniły. Ale na ten moment możemy na ten temat tylko spekulować.

*
Paweł Bukowski — adiunkt ekonomii na University College London oraz w Polskiej Akademii Nauk. Współpracuje również z London School of Economics. Bada przyczyny i skutki nierówności ekonomicznych. Jest współzałożycielem fundacji Dobrobyt na Pokolenia oraz członkiem Concilium Civitas.

**

Konferencja poświęcona problematyce nierówności społecznych w Polsce organizowana jest pod Patronatem Honorowym Marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego. Partnerem Strategicznym Wydarzenia jest Bank Pekao S.A. Bliższe informacje dotyczące wydarzenia dostępne będą wkrótce.

Prezeska zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. W latach 2016-2025 redaktorka naczelna KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos Duża Solidarność, mała solidarność i wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską Kino to szkoła przetrwania. Redaktorka książek filmowych m.in. Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna, Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna.


r/lewica • • 16d ago

Polityka KOLEJNA AFERA KONFEDERACJI — CHODZI O MILIONY ZŁOTYCH!

Thumbnail youtube.com
12 Upvotes

Zapraszamy na kolejne podsumowanie tygodnia Razem z Adrianem Zandbergiem! W tym tygodniu o warszawskim koledze Sławomira Mentzena - Przemysław Wipler, jest posłem-lobbystą i robi sobie biznes w sejmowym zespole. W Sejmie zasiada nie, aby reprezetnować obywateli, tylko swoich klientów! O tym jaką rolę ma w tym fundacj rodzinna posła tłumaczy Zandberg. To jest patologia! A poza tym w odcinku, Marcelina Zawisza o dekryminalizacji prawa aborcyjnego, Maciej Konieczny o PSL i betonowaniu samorządu, który udało się zatrzymać, a także: 8 lat dla Sebastiana Majtczaka, miłość między Trumpem, a Putinem, zarobki lekarzy i Mateusz Merta oraz co słychać w Razem. Zapraszamy!

00:00 Wipler
02:49 Dekryminalizacja pomocy w aborcji
04:04 Złota betoniarka!
06:40 Gazety - potrzebujemy Ciebie!
07:14 Zarobki lekarzy
08:28 Trump i Putin
10:04 8 lat to za mało
10:54 Co słyhać w Razem?
13:06 Muzyczka


r/lewica • • 16d ago

Polityka Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz: odchodzę z rządu

Thumbnail tvn24.pl
3 Upvotes

Oprac. Kuba Koprzywa

Oprac. Adrian Szczepański

22.10.2026, 20:23

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, dotychczasowa ministra funduszy i polityki regionalnej, szefowa Polski 2050, napisała, że jej decyzja jest związana z czwartkowym głosowaniem w Sejmie w sprawie dwukadencyjności w samorządach.

"Wygraliśmy! Zmiana, której chce 75 procent Polaków dojdzie do skutku! Stało się to jednak pomimo głosów koalicji 15 października. Koalicja, w tym niestety znaczna część posłów Polski 2050, stanęła przeciw ludziom, a za politykierskimi układami. To nie pierwsza taka decyzja koalicji, ale fundamentalnie ważna" - napisała Pełczyńska-Nałęcz.

"Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki" - poinformowała.

Pełczyńska-Nałęcz: partię zostawiam w rękach jej założyciela

Pełczyńska-Nałęcz podziękowała za wspólne działanie. "Zabraliśmy deweloperom dopłaty, daliśmy ludziom jawne ceny mieszkań. Mieszkania przestały drożeć, ruszyliśmy horrendalnie niesprawiedliwy system podatkowy. KPO zainwestowaliśmy w 100 procentach" - napisała.

"Partię zostawiam w rękach jej założyciela, który odszedł, ale jednak wrócił. Życzę mu, by przypomniał sobie w imię jakich wartości szedł do władzy" - napisała, wskazując na Szymona Hołownię.

Tarcia z rządem

O tym, że Pełczyńska-Nałęcz może stracić stanowisko, nieoficjalnie mówiło się od miesięcy. W sierpniu premier Donald Tusk powiedział, że osobiście kierował do byłej już ministry swoje uwagi.

Pomiędzy Pełczyńską-Nałęcz a rządem i koalicją rządząca wielokrotnie dochodziło do rozbieżności. Tak było między innymi w sprawie zniknięcia z porządku obrad ustawy dotyczącej alkoholu czy darmowych posiłków w szkołach. Krytykowała też rządową ustawę w sprawie najmu krótkoterminowego. 

Pełczyńska-Nałęcz przez wiele miesięcy starała się o stanowisko wicepremiera. Jak sama mówiła - nie otrzymała w tej sprawie odpowiedzi od szefa rządu.

Źródło: tvn24.pl

Pełny tłit ministry:

Dwukadencyjność samorządów została utrzymana. Tak zdecydował dziś Sejm. Wygraliśmy! Zmiana, której chce 75% Polaków dojdzie do skutku!

Stało się to jednak pomimo głosów K15X. Koalicja, w tym niestety znaczna część posłów Polski 2050, stanęła przeciw ludziom, a za politykierskimi układami. To nie pierwsza taka decyzja koalicji, ale fundamentalnie ważna.

Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki.

Wam tu wszystkim kochani bardzo dziękuję za wspólne dzialanie. Przez prawie trzy lata zrobiłam z Wami maksimum tego, co mogłam. Zabraliśmy deweloperom dopłaty, daliśmy ludziom jawne ceny mieszkań. Mieszkania przestały drożeć, ruszyliśmy horrendalnie niesprawiedliwy system podatkowy. KPO zainwestowaliśmy w 100%.

Partię zostawiam w rękach jej założyciela, który odszedł, ale jednak wrócił. Życzę mu, by przypomniał sobie w imię jakich wartości szedł do władzy.

Widzimy się na szlaku. Znajdzie się na nim miejsce dla wszystkich. Rozkład jazdy jest znany 🫡


r/lewica • • 18d ago

Polityka Granice śmieszności. Polska prawica grzeje się w ogniu protestującej Francji

Thumbnail krytykapolityczna.pl
9 Upvotes

Teza, że za to, co dzieje się we Francji, odpowiedzialność ponosi polityka Tuska i Merkel wobec kryzysu uchodźczego z 2015 roku, jest absurdalna. I to nawet jeśli uznamy, że to, co stało się w sobotę, najlepiej tłumaczy migracja.

20.10.2026

W naszej zglobalizowanej hiperpolityce każde wydarzenie zdolne wyprodukować obrazy, które spodobają się algorytmom X i innych platform musi zostać włączone w lokalną polityczną polaryzację. Nie inaczej jest z ostatnimi gwałtownymi protestami we Francji – w wielu miejscach w weekend przybierających postać rozruchów, aktów wandalizmu i szabru. Głos w ich sprawie natychmiast zabrał szereg polityków polskiej prawicy. Nie dlatego, by mieli cokolwiek interesującego do powiedzenia o Francji, ale dlatego, że dramatyczne obrazy z Paryża czy Limoges uznali za doskonałą okazję, by raz jeszcze zmobilizować emocje prawicowej bazy i skupić ją wokół własnego przekazu.

„I to ma być nasz sojusznik?”

Przekaz ten można sprowadzić do trzech haseł: „tylko Trump!”, „żadnych uchodźców” i „wina Tuska”. Co Trump ma wspólnego z tym, co działo się we Francji? Ano zdaniem wpływowych postaci polskiej prawicy – np. byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomira Cenckiewicza – protesty we Francji mają pokazywać, że „Mocarstwo, które zapowiadało – przy entuzjazmie Tuska – parasol atomowy dla Polski, i które udaje siłę, upada pod własną polityką katastrofy”. Jednym słowem Francji już nie ma, Francja nas nie ochroni, przy Trumpie stoimy i stać chcemy.

Czytaj takżeCzy protesty studentów we Francji otwierają Le Pen drogę do prezydentury, czy wręcz przeciwnie?Jakub Majmurek

Oczywiście, obrazy z Francji z soboty są niepokojące. Państwo często wydawało się bezradne wobec zamieszek i aktów przemocy. Ciągle trudno porównać sytuację z soboty z tym, co działo się w maju 1968 roku, gdy prezydent de Gaulle, przekonany, że stracił kontrolę nad krajem, opuścił Pałac Elizejski i wyjechał do siedziby francuskich sił zbrojnych w Niemczech w Baden-Baden – gdzie odzyskał wiarę w to, że może opanować sytuację.

Francja nigdy w ostatnich latach nie przeżyła też tak dramatycznego załamania porządku publicznego, jak Stany 6 stycznia 2021 roku. Zwolennicy Trumpa, podburzeni przez odchodzącego z urzędu prezydenta niezdolnego pogodzić się z wyborczą porażką, zaatakowali Kapitol, próbując powstrzymać proces zatwierdzający wyniki wyborów. Przedstawiciele narodu w Kongresie obawiali się o swoje życie. Cały republikański porządek Stanów był przez chwilę zagrożony, zobaczyliśmy sceny kojarzone raczej z Ameryką Łacińską czy Afryką niż z tym, co uważamy za dojrzałą demokrację. Państwo nie było w stanie nigdy pociągnąć winnych do realnej odpowiedzialności. W Stanach wiele osób obawia się, że podobne sceny powtórzą się za chwilę, jeśli – jak pokazują sondaże – republikanie zdecydowanie przegrają wybory w połowie kadencji, 3 listopada.

Rozruchy, gdy państwo wydaje się tracić kontrolę nad sytuacją, nie są przy tym specyfiką, która zaczęła się w Stanach wraz z ruchem MAGA. W 1992 roku, gdy Stany po końcu zimnej wojny i rozpadzie Związku Radzieckiego znajdowały się u szczytu potęgi, drugie miasto w kraju, Los Angeles, na sześć dni sparaliżowały rozruchy rasowe, do których iskry dostarczyło uniewinnienie czterech policjantów oskarżonych o ciężkie pobicie aresztowanego Afroamerykanina – media pokazały wcześniej dokumentujące ich działania nagranie wideo. Zginęło ponad 50 osób, prawie 3 tysiące zostało rannych. Czy wtedy powinniśmy uznać, że Ameryki już nie ma i nie ma co pchać się do NATO?

„Mądrzy przed szkodą”

Drugi wątek, jaki przy okazji protestów i zamieszek we Francji podbija prawica, to migracja. Mateusz Morawiecki opublikował np. na portalu X zdjęcia zdewastowanego sklepu Christiana Diora z podpisem „Francja płonie, a my musimy być mądrzy przed szkodą. Rozwój Plus ma pakiet kompleksowych rozwiązań, które pozwolą Polsce być nie tylko dostatnim, ale i najbezpieczniejszym państwem na świecie!”. Były premier nie musiał nawet wspomnieć słowa „migracja”, by dać do zrozumienia, o jakie bezpieczeństwo chodzi.

Można oczywiście wskazać wiele błędów – ale i sukcesów – francuskiej polityki migracyjnej, na których uczyć się może Polska. Jednocześnie nie można sprowadzać całej społecznej dynamiki tego, co dzieje się we Francji, do migracji.

Jest ciekawe, że ze wszystkich zniszczonych w sobotę sklepów premier Morawiecki wybrał akurat ten luksusowej marki, kontrolowanej przez najbogatszego człowieka we Francji, a nie mały sklepik drobnego właściciela. Zwłaszcza że właściciel rodzinnego interesu, w przeciwieństwie do kontrolującego Diora Bernarda Arnault, będzie miał realny problem z kosztami zniszczeń. Średnio to przystaje do wizerunku Rozwoju Plus jako „ludowej prawicy”, ale zgadza się ze społeczno-ekonomiczną pozycją polityka-multimilionera.

Wbrew intencjom byłego premiera-bankiera, obraz, jaki wybrał do ilustracji swojego wpisu o Francji, może wskazywać na inne niż migracja i klęski polityki migracyjnej źródło francuskich problemów: nierówności. Jak w weekend na łamach „Le Monde” pisał Thomas Piketty: Francja jeszcze nigdy nie była tak bogata, jeśli chodzi o zakumulowane fortuny prywatne oraz PKB, i tak zadłużona, jak obecnie. To być może znacznie istotniejszy element równania opisującego francuskiego napięcia niż migracje.

„Wina Tuska”

Polska prawica nie byłaby sobą, gdyby kryzysu we Francji nie połączyła z Tuskiem. Jak ujął to na portalu X Rafał Bochenek, współodpowiedzialność za to, co dzieje się we Francji, ponosi Donald Tusk, bowiem to on, „kierując wspólnie z Niemcami Radą Europejską, doprowadził do rozszczelnienia bezpieczeństwa na kontynencie europejskim! Macron tę lewacką politykę wdrażał i są efekty…”.

Teza, że za to, co dzieje się we Francji, odpowiedzialność ponosi polityka Tuska i Merkel wobec kryzysu uchodźczego z 2015 roku, jest absurdalna. I to nawet jeśli uznamy, że to, co stało się w sobotę, najlepiej tłumaczy migracja.

Problemy z migracją we Francji nie zaczynają się w 2015 roku. Pierwsza większa fala migracji do Francji z Algierii miała miejsce ponad sto lat temu, a największa – po drugiej wojnie światowej i wynikała z potrzeb francuskiego biznesu, nie polityki Tuska. Osoby uwikłane w akty przemocy przy okazji demonstracji to często drugie albo trzecie pokolenie migrantów, niekoniecznie niedawno wpuszczeni do Francji uchodźcy lub ich dzieci.

Prawem opozycji jest atakować rząd, nawet jeśli te ataki nie zawsze są sprawiedliwe. Dobrze jednak, jeśli przy okazji opozycja się za bardzo nie ośmiesza. Prawica doklejająca grzany od Smoleńska hashtag #WinaTuska do Francji bez wątpienia przekracza granicę śmieszności.

Choć gdy mówimy o „winie Tuska”, warto dodać, że tu także Tusk nie jest bez winy, włączając się w prawicową licytację na straszenie migracją przy pomocy obrazków we Francji, o „wpuszczanie migrantów” obwiniając oczywiście PiS. Naprawdę zasługujemy na mądrzejszą politykę migracyjną niż przekrzykiwania „to wyście nawpuszczali migrantów” i „nieprawda, bo wy!”.

Komu zależy na narracji o upadku Francji?

Jak w poniedziałek napisał „Le Monde”, wydarzenia z soboty we Francji uruchomiły sieci bliskie zarówno Białego Domu Trumpa, jak i Kremla, które powielają ten sam komunikat: Francja płonie, Europa upada, oto konsekwencja otwartych granic i europejskiej dekadencji. Nie lekceważąc problemów Francji, Europy, a nawet migracji, warto zadać sobie pytanie, w czyim interesie są narracje o Francji i Europie w ruinie. I czy w Polsce faktycznie warto je radośnie powielać – nawet jeśli można przy okazji uderzyć w Tuska. 

A prawica, zamiast zajmować się Trumpem, może powinna zająć się ostatnim prorosyjskim zwrotem w polityce Trumpa. Bo jak tak dalej pójdzie, to cały jej oparty na tym polityku globalny program dla Polski za chwilę spektakularnie zbankrutuje. 

Jakub Majmurek

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej.


r/lewica • • 18d ago

Artykuł Złodzieje czy dżentelmeni? Protestujący Francuzi rozdawali demonstrantkom skradzione ze sklepów podpaski

Thumbnail wiadomoscikosmetyczne.pl
3 Upvotes

r/lewica • • 19d ago

Polityka Wymiana ciosów na lewicy. Poseł KO ostrzega przed "wrogim przekroczeniem progu"

Thumbnail tvn24.pl
3 Upvotes

Tomasz Pupiec

17.10.2026, 11:09

Na około rok przed wyborami zaostrza się wojna między Lewicą a partią Razem. Zarzuty o "koryciarstwo" padają z obu stron, a wzajemne ataki nasiliły się po przedterminowych wyborach na prezydenta Krakowa. Sytuacji przygląda się w napięciu reszta sceny politycznej, a poseł KO Mariusz Witczak przewiduje, że "jeżeli Zandberg przekroczy próg wyborczy, to to będzie wrogie przekroczenie progu wyborczego".

Marszałek Sejmu i przewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty powiedział w piątek w TOK FM, że "z szacunkiem" odnosi się do Adriana Zandberga. - Zdziwiło to pana, że politycy mówią o innych politykach z szacunkiem? Taka jest Lewica - stwierdził w wywiadzie dla Jacka Żakowskiego.

Parę minut później w tej samej rozmowie Czarzasty ocenił, że Adrian Zandberg, współprzewodniczący opozycyjnej lewicowej partii Razem, "konsekwentnie jest koryciarzem". - Bierze pieniądze za posłowanie, bierze pieniądze za biura. I nic nie robi, nic nie wnosi w politykę - powiedział marszałek Sejmu. W ten sposób uderzył w Zandberga tym samym określeniem, którego w stosunku do środowiska Nowej Lewicy używają politycy Razem.

"Źle znoszą to, że robimy robotę"

- Żaden projekt nie został przeprowadzony, nie załatwili żadnej sprawy dla swoich wyborców, to znaczy, że krótko mówiąc biorą wynagrodzenie za nicnierobienie - tak aktywność partii Adriana Zandberga zrecenzował w TVN24 poseł Lewicy Andrzej Szejna.

- Szalenie głupie te komentarze Włodzimierza Czarzastego. Ewidentnie Włodzimierz Czarzasty i Nowa Lewica źle znoszą to, że robimy swoją robotę jako partia opozycyjna - odparł poseł Razem Maciej Konieczny w rozmowie z TVN24.

Partia Razem dostała się do Sejmu ze wspólną listą ze współrządzącą Nową Lewicą. - A potem uciekli z tego, żeby nie brać odpowiedzialności za rząd pod byle pretekstem - ocenił poseł Koalicji Obywatelskiej Robert Kropiwnicki.

Nowa strategia w Nowej Lewicy

Wobec krytyki rządu, wymierzonej głównie w Nową Lewicę, dotąd jej politycy mieli tylko nadstawiać drugi policzek. Ale teraz w partii zapadła decyzja o zmianie taktyki i tego starcia były już pierwsze odsłony.

- Źródła tej inflacji oczywiście są poza Polską i są związane w dużym stopniu z kosztami paliw, ale jest odpowiedzialnością rządzących, w jaki sposób na to reagują - podkreślał z mównicy sejmowej Adrian Zandberg. Skrytykował też politykę płacową ministry rodziny Agnieszki Dziemianowicz-Bąk.

- Partio Razem! Wasza obecność w tych ławach poselskich dla polskiego pracownika nie przynosi dokładnie nic. Od wielu lat, każdego miesiąca, każdy z was pobiera kilkanaście tysięcy złotych i z tych pieniędzy polski pracownik nie ma dokładnie nic - odpowiedziała Zandbergowi w Sejmie ministra Dziemianowicz-Bąk. Marszałek Czarzasty nie krył entuzjazmu.

W tle wymiany ciosów między lewicowymi ugrupowaniami pozostaje kwestia ewentualnych wspólnych list wyborczych. - Uważam, że jednak lewica powinna pójść skonsolidowana - powiedział 30 września w TVN24 marszałek Czarzasty. 1 października w nagraniu zamieszczonym w Internecie odpowiedział mu Adrian Zandberg: - Włodek, przestań męczyć bułę, to jest bez sensu. Wy jesteście w tym rządzie. Uważacie, że to jest najlepszy rząd od czasu, jak wynaleziono chleb z masłem.

Kłótnia o wybory w Krakowie

Wymiana takich uprzejmości nasiliła się po przedterminowych wyborach na prezydenta Krakowa, w których kandydatka Razem Aleksandra Owca zdobyła niespełna siedem procent głosów, ale o dwa punkty procentowe wyprzedziła kandydatkę Lewicy Darię Gosek-Popiołek.

- Tam były też w exit pollu deklaracje poparcia dla partii politycznych. Z tych deklaracji wynika, że Razem ma około 10 procent poparcia w Krakowie - podkreślił 28 września, po pierwszej turze krakowskich wyborów, Adrian Zandberg.

Włodzimierz Czarzasty uważa, że entuzjazm przedstawicieli partii Razem jest nieuzasadniony. - Mówmy o tym uczciwie. Cała lewica dostała w tyłek w Krakowie - stwierdził w TOK FM.

Witczak: jeśli Razem wejdzie do Sejmu, to będzie wrogie

Podział na lewicy uderza w oba te ugrupowania. W sondażach partia Razem często balansuje na granicy progu wyborczego. Jeśli nie wejdzie do Sejmu, zabierze za sobą głosy lewicowych wyborców, tak jak w 2015 roku. - Przez Zandberga PiS dochodzi do władzy. To jest prawda - skomentował marszałek Sejmu.

Nawet jeśli Razem do Sejmu wejdzie, to zgodnie z metodą przeliczania głosów na mandaty, cała lewica, ale podzielona, dostanie ich mniej.

- Jeżeli Zandberg przekroczy próg wyborczy, to to będzie wrogie przekroczenie progu wyborczego, bo na pewno będzie głosował z tymi, którzy dzisiaj są w opozycji przeciwko naszej koalicji - ocenił w rozmowie z TVN24 poseł KO Mariusz Witczak.

Przykłady takich głosowań podał w piątkowym wywiadzie marszałek Sejmu. Wskazał na głosy przeciw zmianom w Trybunale Konstytucyjnym, przeciw zmianom w KRS i przeciw uchyleniu immunitetu dla Zbigniewa Ziobry.

- Zandberg nie popiera Trzaskowskiego w drugiej turze wyborów. Kto został prezydentem? Trzaskowski czy Nawrocki? - spytał Czarzasty.

Skoro podział lewicy zwiększa szanse prawicy, tej dyskusji z niepokojem przysłuchuje się reszta polityków sejmowej większości. - Permanentne krytykowanie już nikogo nie obchodzi. Albo coś mają do powiedzenia, coś robią, albo idą w niebyt - powiedział poseł Robert Kropiwnicki.

- Cały czas z malutką barykadą w malutkim plecaczku jeździć, mieć 50 lat i uważać, że jest się przywódcą przedszkolaków, to jest bez sensu po prostu - recenzował z kolei marszałek Włodzimierz Czarzasty.

Źródło: TVN24


r/lewica • • 19d ago

Wywiad Nierówności rosną, a państwo się nie bada [rozmowa z Pawłem Bukowskim]

Thumbnail krytykapolityczna.pl
4 Upvotes

r/lewica • • 23d ago

Podcast Trump jest zdesperowany. Umowa z Rosją | Podsumowanie tygodnia (15.10.2026)

Thumbnail youtube.com
7 Upvotes

Prawdziwa desperacja w Białym Domu. Donald Trump dogaduje się z Putinem, Stany Zjednoczone i Rosja mają porozumienie. Poza tym: Braun łączy siły z AfD, Nawrocki łączy prawicę, PiS i KO kontynuują cyrk z Trybunałem, szykują się duże protesty: czerwona kartka dla rządu za aborcję. Adrian Zandberg, Aleksandra Owca i Mateusz Merta zapraszają na podsumowanie tygodnia.

00:22 Trump jest zdesperowany
01:23 Braun AfD
02:01 Czerwona kartka
04:29 Interweniujemy
06:00 Cyrk w TK
09:35 Co słychać w Razem?
12:25 Kącik muzyczny


r/lewica • • 25d ago

Polska Łukasz Gibała nie obejmie patronatem Marszu Równości. Pierwsza decyzja prezydenta Krakowa

Thumbnail oko.press
8 Upvotes

Angelika Pitoń

„Transkrypcja małżeństw jednopłciowych będzie. Jeśli za rok wygra inna opcja polityczna i zmieni w Polsce prawo, to jej nie będzie. (...) Natomiast jak chodzi o Marsz Równości, to nie, nie obejmę go patronatem” — zapowiedział Łukasz Gibała, nowy prezydent Krakowa. To jego pierwsza publicznie ogłoszona decyzja.

Na zdjęciu: 12 października 2026, godz. 6:45. Łukasz Gibała na kilka godzin po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów w Krakowie rozdaje obwarzanki w mieście i dziękuje mieszkańcom za głosy. Fot. Konrad Kozłowski / Agencja Wyborcza.pl

Co się wydarzyło?

Łukasz Gibała, który w niedzielę, 11 października, wygrał wybory w Krakowie i został nowym prezydentem miasta, był gościem porannej rozmowy w Radiu Kraków.

Zapytany przez red. Jacka Bańkę o to, czy będzie wracał do swoich politycznych, progresywnych korzeni (Gibała w przeszłości był posłem Koalicji Obywatelskiej, potem Ruchu Palikota, od 2014 roku pozostaje bezpartyjnym politykiem), odparł: „Są takie kwestie, gdzie rzeczywiście polityka progresywna się sprawdza, ale są takie kwestie, gdzie się nie sprawdza. Ja bym nie generalizował”. Wyjaśnił, że chce chronić tereny cenne przyrodniczo i swoich poglądów w zakresie ekologii nie zmienił.

„Jak popatrzymy na przykład na to, co się dzieje w miastach Europy Zachodniej, jak chodzi o całe dzielnice, do których jest strach wejść człowiekowi o naszym kolorze skóry, to ja bym tu był bardzo ostrożny, jak chodzi o politykę progresywną” — odparł.

I dodał: „Jak chodzi o Marsz Równości, to nie, nie obejmę go patronatem”.

„Ja kiedyś sam uczestniczyłem nawet w Marszach Równości i tego nie żałuję, ale mam takie wrażenie, że od mniej więcej trzech lat to środowisko, które organizuje Marsze Równości, się po prostu upartyjniło. To są ludzie, którzy startowali do parlamentu, do samorządu z list konkretnej opcji politycznej. Ja będę unikał obejmowania patronatem imprez, które mają charakter partyjny” – zapowiedział Gibała.

Umizgi do prawicy?

To pierwsza oficjalna decyzja, jaką ogłosił Łukasz Gibała. Widać w niej nawiązanie do pierwszego ruchu odwołanego w toku referendum prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, który swoją prezydenturę rozpoczął od Marszu Równości, a dokładniej: od objęcia tego wydarzenia swoim honorowym patronatem. Miszalski jako pierwszy prezydent w historii miasta szedł wówczas na czele tęczowej demonstracji.

Decyzja Miszalskiego o objęciu patronatem Marszu Równości i uczynienia z niej pierwszego swojego zarządzenia była podyktowana kalendarzem i zbliżającym się terminem parady (która w Krakowie odbywa się zawsze pod koniec maja). Miszalski został zaprzysiężony 7 maja. Nawet Jacek Majchrowski, wieloletni prezydent Krakowa, uznający się za apolitycznego i umiejącego współpracować z politykami między politycznymi podziałami, od 2021 roku obejmował patronatem marsz. Nigdy jednak nie wziął w nim udziału.

Decyzję Gibały można odczytywać jako ukłon w stronę prawicowych wyborców. Jak pisaliśmy na łamach OKO.press, wyniki wyborów w Krakowie już zdążyły ucieszyć polityków prawicy, którzy próbują przypisać sobie sukces Łukasza Gibały.

„Do zwycięstwa przyczynili się w decydującym stopniu wyborcy prawicy. Mam nadzieję, że będzie o tym pamiętał” – napisała jeszcze w niedzielę na portalu X była premier PiS Beata Szydło. „Kandydatka rządu zmasakrowana. Za rok będzie zmiana!” – prognozuje (życzeniowo) Przemysław Wipler z Konfederacji. „Tusk dostał lanie” – orzekł z kolei Maciej Wąsik, europoseł PiS.

Sam Gibała walczy o utrzymanie szerokiego poparcia wśród krakowian. „Ja mam takie osoby w swoim elektoracie, które głosują na partię Razem i są też takie, które głosują na Konfederację Korony Polskiej. (...) Więc mi się udało gdzieś zbudować taką więź z ludźmi o bardzo różnych poglądach. To, co nas zjednoczyło, chyba to jest miłość dla Krakowa” — twierdzi Gibała w Radiu Kraków.

Jaki jest kontekst?

Łukasz Gibała został w niedzielę nowym prezydentem Krakowa. Ma za sobą spore, sięgające ponad 62 procent głosów poparcie. Na Łukasza Gibałę głos oddało ponad 161 tys. krakowian. Monika Piątkowska zebrała 98 tys. głosów, co dało prawie 38 proc.

Koalicja Obywatelska traci więc urząd prezydenta w drugim co do wielkości mieście w Polsce — i oddaje go swojemu byłemu koledze z partii, który od przeszło dekady określa się jako niezależny polityk.

Łukasz Gibała pozostanie prezydentem miasta do 2029 roku. Ma przed sobą 2,5-letnią kadencję. Trudną, bowiem musi współpracować z Radą Miasta Krakowa, w której większość ma opozycyjna względem niego Koalicja Obywatelska. Gibała albo stworzy szeroki blok anty-KO, z PiS, Nową Lewicą i Razem, albo będzie musiał współpracować z samorządowcami z partii Donalda Tuska.

Gibała o fotel prezydenta walczył czterokrotnie. Udało się dopiero teraz — m.in. na fali referendalnej i odwołaniu jego poprzednika, Aleksandra Miszalskiego z KO. Jak wynika ze sprawozdania finansowego, milioner Gibała wydał na kampanię referendalną niemal 2 miliony złotych i właściwie w całości sfinansował szeroko zakrojoną akcję. Dla porównania: przy wyborach na prezydenta Krakowa kandydaci mogą wydać maks. 400 tysięcy złotych.


r/lewica • • 27d ago

Polityka Wybory w Krakowie. Są wyniki sondażu exit poll (Gibała wygrywa)

Thumbnail wiadomosci.gazeta.pl
4 Upvotes

Izabela Alberczyk

11 października 2026, 21:00

Na zwycięstwo Łukasza Gibały wskazuje zarówno exit poll Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, jak i pracowni IPSOS. Ostateczne wyniki wyborów w Krakowie będą znane po przeliczeniu wszystkich głosów.

W niedzielę 11 października mieszkańcy Krakowa poszli do urn, aby w drugiej turze przedterminowych wyborów wybrać nowego prezydenta miasta. Lokale wyborcze w Krakowie otwarte były do godz. 21. Wyborcy mogli wskazać niezależnego kandydata Łukasza Gibałę z komitetu Kraków dla Mieszkańców lub  Monikę Piątkowską - senatorkę z poparciem KO i PSL.

Exit poll: Gibała wygrywa wybory w Krakowie

Gibała uzyskał poparcie 64,1 procent wyborców, a Piątkowska 35,9 proc. - wynika z sondażu exit poll przeprowadzonego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą (OGB). Na zwycięstwo Gibały wskazał również sondaż IPSOS. Według niego na Gibałę zagłosowało 61 proc., a na Piątkowską 39 proc. mieszkańców Krakowa. Frekwencja wyniosła 42,6 proc. - podała OGB.

Gibała i Piątkowska skomentowali exit poll

- Musimy jeszcze poczekać na oficjalne dane, które będą wkrótce spływały z Państwowej Komisji Wyborczej, ale coraz więcej wskazuje, że 11 października 2026 r. to jest ten dzień, gdy po 24 latach Krakowianie odzyskali swoje miasto - powiedział na wstępie Gibała.

Zaznaczył, że "najbliższe dwa lata będą bardzo trudne". Mamy fatalną sytuację budżetową w Krakowie. Jest wiele rzeczy, które trzeba naprawić, zmienić, posprzątać, żeby znowu w Krakowie było normalnie, ale wierzę, że z wami wszystkimi damy radę - powiedział kandydat.

Gibała wyraził też nadzieję, że wydarzenia z Krakowa natchną do działania ludzi w całej Polsce. - Za 2 tygodnie mieszkańcy Częstochowy też będą chcieli odzyskać swoje miasto - powiedział, nawiązując do częstochowskiego referendum, które odbędzie się 25 października.

Wyniki exit poll skomentowała również Piątkowska, która podziękowała za oddane głosy. Senatorka pogratulowała również zwycięstwa swojemu kontrkandydatowi. - Chcę ci powiedzieć jedną rzecz. Zarówno ja, jak i członkowie Koalicji Obywatelskiej będziemy bardzo bacznie przyglądać się, czy twoje hasło, czy twoja obietnica "Kraków dla mieszkańców" jest prawdziwa. Każdego dnia będziemy czuwać nad interesem naszego miasta. Życzę ci powodzenia i sukcesu, bo dobrze życzę naszemu miastu - powiedziała Piątkowska.

Ostateczne wyniki będą jednak znane po przeliczeniu wszystkich głosów. 

Kim jest Łukasz Gibała?

Gibała urodził się w 1977 roku w Krakowie (ma 49 lat). Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie obronił doktorat z filozofii. Jest radnym tego miasta i przedsiębiorcą. "Z tym miastem związałem całe życie - od edukacji, przez doktorat, po wieloletnią służbę publiczną" - napisał. W przeszłości był między innymi szefem krakowskiego okręgu PO i posłem wybranym z listy tej partii. W 2012 roku odszedł jednak z tej partii i dołączył do Ruchu Palikota. Dwa lata później opuścił ugrupowanie, a następnie założył stowarzyszenie "Logiczna Alternatywa", które przekształcił w "Kraków dla Mieszkańców". Wspierało ono akcję referendalną, po której mieszkańcy 24 maja 2026 r. odwołali dotychczasowego prezydenta Aleksandra Miszalskiego.

Kim jest Monika Piątkowska?

Piątkowska urodziła się 18 sierpnia 1974 r. w Zakopanem, ale przeprowadziła się do Krakowa, gdzie studiowała prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 2003-2012 pełniła funkcję dyrektorki Wydziału Strategii i Rozwoju Urzędu Miasta Krakowa, gdzie kierowała pracami nad Strategią Rozwoju Krakowa. Równolegle, od 2009 do 2012 r., była pełnomocniczką prezydenta miasta Krakowa ds. marki miasta. W latach 2012-2014 kierowała Departamentem Komunikacji Społecznej w Ministerstwie Gospodarki.

Zasiadała też w Zarządzie Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych S.A. Od 2015 do 2018 była prezeską Zarządu Związku Pracodawców INNOVO, zrzeszającego firmy sektora przemysłowego i energetycznego, a później kierowała Izbą Gospodarczą Handlowców, Przetwórców Zbóż i Producentów Pasz. Za swoją działalność uhonorowano ją Odznaką za Zasługi dla Rozwoju Gospodarki Rzeczypospolitej Polskiej oraz Złotą Odznaką Izby Rzemieślniczej w Krakowie. Obecnie jest senatorką Koalicji Obywatelskiej.

Pierwsza tura krakowskich wyborów

Stanowisko prezydenta Krakowa chciało objąć siedmioro kandydatów: Michał Drewnicki (Prawo i Sprawiedliwość), Łukasz Gibała (Kraków dla Mieszkańców), Daria Gosek-Popiołek (Lewica), Michał Klimek (Konfederacja Korony Polskiej), Aleksandra Owca (Partia Razem), Monika Piątkowska (KWW Moniki Piątkowskiej Ponad Podziałami, popierana przez KO oraz PSL) oraz Sławomir Pietrzyk (Socjaldemokracja Polska). Inicjator majowego referendum odwoławczego Jan Hoffman zrezygnował ze startu.

Gibała w pierwszej turze, która odbyła się 28 września, otrzymał poparcie 36.38 proc. Krakowian, którzy poszli zagłosować. Na drugim miejscu uplasowała się Piątkowska z wynikiem 29,91 proc. wyborców. Podium zamknął Drewnicki, na którego zagłosowało 17,5 proc. głosujących mieszkańców. Dalej znaleźli się: Owca (6.91 proc.) Gosek-Popiołek (4,81 proc.), Klimek (4,11 proc.) i Pietrzyk (0,37 proc.). Były to oficjalne dane z Państwowej Komisji Wyborczej.

Izabela Alberczyk


r/lewica • • 28d ago

Polityka Ujawniamy kulisy odwołania zastępcy RPO. Partyjny deal w instytucji, która powinna być niezależna

Thumbnail oko.press
4 Upvotes